12/08/2026
Dziś w Wydziale Nauk Społecznych w Jastrzębiu-Zdroju Dziekan Mateusz Tkocz rozmawiał z Panem Wiceprezydentem Andrzejem Matusiakiem o przyszłości edukacji a przede wszystkim o tym, czego właściwie powinniśmy dzisiaj uczyć młodych ludzi.
Ta rozmowa skłoniła Dziekana do kilku przemyśleń, którymi chciałbym się z Państwem podzielić.
Bo żyjemy w bardzo ciekawym momencie. Mamy dostęp do wiedzy, o jakim jeszcze kilkanaście lat temu mogliśmy tylko marzyć. Wystarczy kilka sekund, żeby znaleźć odpowiedź praktycznie na każde pytanie, a sztuczna inteligencja potrafi tę odpowiedź dodatkowo wyjaśnić, uporządkować i przedstawić w sposób, który często brzmi niezwykle przekonująco.
Tylko czy to oznacza, że wiedza przestała być potrzebna?
Mam pewną historię, która bardzo dobrze pokazuje, dlaczego odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista.
Wyobraź sobie, że dowiadujesz się, iż substancja, którą masz w domu, może powodować śmierć, przyczynia się do korozji metali, występuje w kwaśnych deszczach, jest wykorzystywana w przemyśle, a w pewnych warunkach może powodować poważne oparzenia. Co więcej, okazuje się, że substancja ta znajduje się praktycznie wszędzie i każdego dnia masz z nią kontakt.
Brzmi jak coś, co powinno Cię zaniepokoić.
Jej nazwa również nie uspokaja, jest to monotlenek diwodoru.
Gdyby ktoś przedstawił Ci takie informacje i zapytał, czy Twoim zdaniem stosowanie tej substancji powinno zostać zakazane, co byś odpowiedział?
W 1997 roku Nathan Zohner postanowił sprawdzić, jak ludzie zareagują na taki sposób przedstawienia informacji. Przygotował serię prawdziwych informacji dotyczących tajemniczej substancji, a następnie poprosił swoich kolegów o poparcie petycji w sprawie jej zakazu. Spośród 50 osób aż 43 odpowiedziały „tak”.
To 86 procent.
I właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część tej historii, ponieważ problem nie polegał na tym, że Zohner przedstawił swoim kolegom nieprawdziwe informacje. Problem polegał na tym, że prawdziwe informacje zostały przedstawione w taki sposób, aby odbiorca wyciągnął z nich bardzo konkretny, ale błędny wniosek.
To zjawisko jest dzisiaj szczególnie interesujące, ponieważ żyjemy w czasach, w których znalezienie informacji jest prostsze niż kiedykolwiek wcześniej. Możemy wpisać pytanie w Google, możemy obejrzeć film, przeczytać artykuł albo poprosić sztuczną inteligencję o przygotowanie odpowiedzi i po kilku sekundach otrzymujemy dokładnie to, czego szukaliśmy.
Tylko że pojawia się pytanie, które jest znacznie ważniejsze od samego znalezienia informacji. Skąd będziemy wiedzieć, że to, co znaleźliśmy, rzeczywiście jest prawdą?
Jeżeli nie mamy wiedzy merytorycznej, możemy przeczytać świetnie wyglądające badanie i nie zauważyć, że jego wyniki zostały źle zinterpretowane. Możemy dostać od AI odpowiedź napisaną perfekcyjnym językiem i nie zauważyć, że część informacji jest błędna. Możemy zobaczyć wykres, statystykę albo zdanie „badania pokazują, że…” i uznać je za wiarygodne tylko dlatego, że brzmi naukowo.
I właśnie dlatego nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że w czasach Google i sztucznej inteligencji wiedza przestała być potrzebna. Jest dokładnie odwrotnie. Im łatwiej zdobyć informację, tym większego znaczenia nabiera umiejętność jej oceny, ponieważ samo znalezienie odpowiedzi nie oznacza jeszcze, że potrafimy rozpoznać, czy ta odpowiedź ma sens.
Mam przyjaciela, który jest naprawdę świetnym informatykiem. Przez lata samodzielnie zdobywał wiedzę, rozwijał swoje umiejętności i nauczył się praktycznie wszystkiego, co jest mu potrzebne w pracy. Naprawdę zna się na informatyce i gdyby o zatrudnieniu decydowały wyłącznie rzeczywiste umiejętności, prawdopodobnie nie miałby większego problemu ze znalezieniem pracy.
A jednak ma problem.
Pomimo tego, że zna się na informatyce, potrafi rozwiązywać problemy i ma wiedzę, której można pozazdrościć. A jednak nie jest brany pod uwagę w rekrutacji tylko dlatego, że nie posiada wykształcenia wyższego. Niektóre drzwi zamykają się więc przed nim, zanim ktokolwiek zdąży sprawdzić, co naprawdę potrafi.
Można oczywiście powiedzieć, że to niesprawiedliwe, ponieważ przecież najważniejsze powinny być kompetencje, a nie papier. I trudno się z tym nie zgodzić. Z drugiej strony pracodawca, który otrzymuje dziesiątki czy setki CV, musi w jakiś sposób ocenić kandydatów na podstawie ograniczonej ilości informacji, dlatego wykształcenie staje się jednym z sygnałów, które pomagają mu zmniejszyć tę niepewność. Dyplom nie gwarantuje kompetencji, ale jego brak również może mieć realne konsekwencje.
Dlatego studia mają dla mnie sens nie tylko dlatego, że kończą się dyplomem, który może otworzyć określone drzwi. Mają sens przede wszystkim dlatego, że powinny dawać człowiekowi wiedzę, dzięki której potrafi ocenić informacje, które później znajdzie w Google, przeczyta w internecie albo otrzyma od sztucznej inteligencji.
Bo za kilka lat prawdopodobnie każdy będzie potrafił znaleźć odpowiedź na niemal każde pytanie. Każdy będzie mógł wygenerować raport, przygotować analizę czy napisać profesjonalnie wyglądający tekst. Przewagę będzie miał jednak nie ten, kto najszybciej znajdzie informację, ale ten, kto potrafi spojrzeć na nią i zastanowić się, czy rzeczywiście jest wiarygodna, z czego wynika, czego w niej brakuje i czy ktoś przypadkiem nie próbuje wykorzystać prawdziwych faktów do stworzenia fałszywego obrazu rzeczywistości.
I właśnie wtedy wracamy do eksperymentu Zohnera.
Bo po całej tej historii warto wreszcie odpowiedzieć na pytanie, czym właściwie był tajemniczy monotlenek diwodoru, którego zakazu chciało 86 procent uczestników.
Jest to zwykła woda.
I być może właśnie to jest najlepsza odpowiedź na pytanie, po co nam dzisiaj wiedza. Nie po to, żebyśmy znali odpowiedź na każde pytanie, ponieważ od tego mamy już Google i AI. Wiedza jest potrzebna po to, żebyśmy potrafili rozpoznać moment, w którym odpowiedź brzmi przekonująco, wygląda profesjonalnie i opiera się na prawdziwych informacjach, a mimo wszystko prowadzi nas do całkowicie błędnego wniosku.
Dlatego warto studiować.