21/08/2026
Jest wpół do dziesiątej wieczorem. Dzieci wreszcie śpią, w zlewie stoją garnki, a Ty siedzisz na podłodze w przedpokoju i nie masz siły wstać. Kochasz je całym sercem. Naprawdę. Tylko w Tobie nie zostało już nic: ani dla nich, ani dla nikogo.
To uczucie nie jest Twoją winą, porażką wychowawczą ani dowodem na słaby charakter. Psychologia bada ten stan od kilkunastu lat i nazywa go po imieniu: wypaleniem rodzicielskim.
W marcu tego roku międzynarodowy zespół badaczy, a wśród nich Konrad Piotrowski z Uniwersytetu SWPS, opublikował wyniki badania, w którym wzięło udział ponad dwa tysiące rodziców. Prawie tysiąc z nich to Polacy. Badacze sprawdzali, czy stany, które w codziennym życiu często ze sobą utożsamiamy, czyli „nie mam już siły” oraz „żałuję, że mam dziecko”, to w rzeczywistości jedno i to samo.
Odpowiedź przynosi ogromną ulgę: to dwa zupełnie odrębne stany.
Tylko ten pierwszy, czyli zwyczajne, skrajne ludzkie wyczerpanie, wiązał się z myślami o ucieczce z domu, dystansem emocjonalnym czy zaniedbaniem. Rodzic, który opada z sił, nie mówi „przestałem kochać”. Mówi tylko, że jego organizm i psychika doszły do ściany. Jeśli jednak z lęku przed oceną zostanie z tym sam, może przekroczyć granicę, której nigdy nie chciał przekraczać.
W Polsce do tej granicy dochodzimy wyjątkowo często. Z badań reprezentatywnych wynika, że co siódmy polski rodzic, a wśród osób wychowujących dzieci samotnie aż co czwarty, przyznaje, że w obliczu ponownego wyboru zdecydowałby się na życie bez dzieci. To wskaźniki niemal dwukrotnie wyższe niż w Niemczech czy USA.
Globalne badanie w 42 krajach pokazało jednoznacznie, skąd bierze się ta różnica. Nie decyduje zamożność państwa ani liczba dzieci w rodzinie. Decyduje kultura indywidualizmu, czyli niepisana presja społeczna, że ze wszystkim musisz poradzić sobie sam.
Wypalenie rodzicielskie nie jest więc brakiem miłości. Jest brakiem rąk do pomocy wokół. Babci, która weźmie malucha na jedno popołudnie. Sąsiadki odbierającej ze szkoły. Wspólnoty parafialnej, w której ktoś zauważy, że ta matka od miesięcy wygląda, jakby nie spała.
Dlaczego piszemy o tym na Wydziale Teologicznym UMK?
Otóż, jako ludzie wierzący, w naszym Kościele i naszej tradycji o rodzicielstwie mówimy pięknym językiem powołania i daru. Nie chodzi o to by z niego rezygnować. Warto jednak dostrzec, że może on mieć swój skutek uboczny. Zmęczony rodzic słyszy czasem, że zawodzi w czymś, za co powinien być wyłącznie wdzięczny. I zamiast poprosić o pomoc, po prostu zaciska zęby i brnie dalej.
Tymczasem wyczerpanie nie jest przeciwieństwem miłości. Bywa po prostu jej fizjologicznym kosztem. Tradycja monastyczna nazywała pokrewny stan acedią, „demonem południa”, i uczyła, że dotyka on ludzi najbardziej gorliwych.
Na kierunku Nauki o Rodzinie na UMK łączymy twarde dane empiryczne z pytaniem o sens i relacje. Uczymy, jak w porę zauważać ten stan i jak odróżniać człowieka, któremu skończyły się siły, od kogoś, kto przestał kochać. To pierwsze zdarza się bardzo często. Dobra wiadomość wynikająca z badań jest taka, że z wypalenia naprawdę się wychodzi.
Kto ostatnio zapytał Was, jak sobie radzicie... i naprawdę czekał na odpowiedź?
Źródła naukowe do badań zamieszczamy w pierwszym komentarzu pod postem.